Notesy, adaptacje i inne takie – Day 6/2016

12 Days of Anime /2016/ – Day 6

 

appleSkończyłam czytać Death Note.

Czego by nie mówić, jedno nie ulega wątpliwości – jest to tytuł kultowy, a do takich tytułów podchodzę z rezerwą, bo a nuż ich legenda okaże się większa niż one same. Kultowość wprawdzie nie gwarantuje, że dany tytuł jest superdobry i wszystkim się spodoba, ale jednak winduje oczekiwania odbiorcy wobec niego. Bo skoro w jakimś czasie dla jakiejś grupy osób (pokolenia, subkultury itp.) był to tytuł ważny, na tyle ważny, że otoczony kultem, to znaczy, że coś w sobie musi mieć.

Czasami, gdy chodzi o takie kultowe lub popularne serie, które ominęłam, bo nie miałam czasu lub nie interesowałam się jeszcze wtedy mangą i anime, ubzduram sobie, że z którąś wersją chcę zapoznać się najpierw i tak trwam w takim uporze, nawet jeśli realizacja jest mało prawdopodobna. I tak z serii wychodzących w ostatnim czasie wymyśliłam sobie, że najpierw przeczytam Nanatsu no Taizai, a dopiero potem obejrzę adaptację – i koniec końców serii do dziś nie znam, bo jakoś mi z mangą nie po drodze. Podobny pomysł miałam, gdy zaczęli emitować Boku no Hero Academia, ale w końcu (nauczona poprzednim przykładem), odpaliłam anime, a gdy już mnie wciągnęło (i to jak!), sięgnęłam po skany. Ze starszych tytułów takie moje ubzduranie dotyczy Fullmetal Alchemist: żeby najpierw przeczytać mangę (legalnie po polsku), a dopiero później oglądać anime. Szczerze, to sama nie wierzę, że to się uda, bo kupienie 27 tomów to spory wydatek, więc w ramach żartu i na przekór wpadłam na pomysł, żeby zacząć od przyszłorocznego live action.

Podobne postanowienie miałam z Death Note (że najpierw manga, potem anime) i tu się udało. Zgromadzenie dwunastu tomów zajęło mi jakieś trzy lata, a ostatnio zabrałam się za ich czytanie – i jest :). Internet jeden wie, skąd o serii się dowiedziałam, pewno stawiając pierwsze kroki w świecie M&A wyłapałam ją z list must watch. W sposób równie – czy nawet bardziej – okryty tajemnicą, zapoznałam się z soundtrackiem do anime i zakochałam się w nim, i kocham go miłością czystą i trwałą do dziś. A samo anime czeka na swoją kolej.

Odnośnie do mangi odczucia mam pozytywne. Choć były słabsze momenty, to jednak ogólnie dobrze się bawiłam podczas czytania. Nie ma się co oszukiwać, tytuł może być impulsem do długich dyskusji o moralności, sprawiedliwości, wolności wyboru, wyborze między mniejszym i większym złem, cienkiej granicy między utopią a dystopią etc. Ja jednak nie o tym, bo temat pewno przemielony na wszystkie możliwe sposoby w internetach, a i niezbyt przygotowywać mi się chce (bo żeby fajnie wyszło, to by trzeba się do filozofów, myślicieli, norm społecznych odwołać).

Ja bardziej o tym, że przez te trzy lata, które minęły od czasu, gdy pierwszy raz czytałam pierwszy tom, do teraz, gdy czytałam go po raz drugi, w sumie niewiele się w moich odczuciach zmieniło. Jak wtedy, taki i teraz, czytając o planach Lighta stworzenia idealnego świata, myślałam jedynie: „Jakiś ty, Light, głupi i naiwny. Historii się kiedyś uczyłeś? Totalitaryzm coś ci mówi? A utopia i antyutopia?” – i tak coś w ten deseń przepływało przez moją głowę. Wiem, że później sam przed L’em przyznał, że myślenie Kiry jest naiwne, ale i tak chciało mi się śmiać z tych jego zamierzeń. Później też mi się zaśmiać zdarzyło, ale to już bardziej przez autorów było pewno zaplanowane: jak np. przy zestawieniu Lighta i L’a – bo to fajny duet był i fajnie się ich zmagania obserwowało. Kiedy pojawili się Near i Mello, serducho trochę mi się buntowało (a Mello nie polubiłam do samego końca) i były chwile, gdy wolałam Lighta, choć wiadomo było, że on wygrać nie może. Smutne było też to, że stracił na ostrości (myślę, że potrójna rola go przerosła, nie da się jednocześnie wiarygodnie być kotkiem i myszką, więc jak zaczął deptać mu po piętach kolejny geniusz, to musiał to wyczaić), ale ostatecznie manga do ostatnich stron potrafiła wciągnąć.

Ale skoro to wpis pod szyldem 12 dni z anime, to (he, he) jeszcze parę słów o polskim wydaniu mangi. Ogólnie wydania JPF-u oceniam wysoko, przynajmniej te obecne, ale w przypadku Death Note’a uczucia mam mieszane. Większość tomików oferuje nam piękną, głęboką czerń na grubym papierze (w kilku czerń jest zszarzała), co świetnie pasuje do tej tematyki. Zaskoczeniem było dla mnie, że onomatopeje nie zostały zastąpione polskimi wersjami, tylko tłumaczenie dodano obok (jak u Studia; widać nie zawsze to, co znam dziś, było standardem JPF-u), ale to jakoś szczególnie mnie nie zabolało. Ubolewam za to bardzo, że choć w każdym tomie w stopce redakcyjnej podana jest osoba odpowiedzialna za korektę, to błędów jest w tekście tyle, że wątpię w jej wykonanie – i w zasadzie ciągnie się to przez całą serię, więc to nie jest wpadka, którą w dalszych częściach wydawnictwo naprawiło, tylko jakieś konsekwentne niedopatrzenie. W oczy kłują też źle przycięte strony (ucięte dymki itp.).

Tak czy siak, kto jeszcze nie czytał – czytać! Słuchać OST-a! Czy oglądać – jeszcze nie wiem, pewno postaram się nadrobić anime w przyszłym roku (w końcu z czystym sumieniem już mogę, bo spełniłam swoje postanowienie).

 

Kraków, 13 grudnia 2016

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Notesy, adaptacje i inne takie – Day 6/2016

  1. Ja długo omijałam FMA, ale jak już obejrzałam Brotherhood tak cały rok czekałam na promocję JPFu, żeby zamówić sobie komplet i w tym roku zawitało na mojej półce. Tak się broniłam, a tak mi siadło!

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s